Czarne słońce

Po przeczytaniu „Czarnego słońca” poczułem wielką ulgę, bo najnowsza powieść Jakuba Żulczyka to bardzo dotkliwe emocjonalnie spotkanie z autorem „Ślepnąc od świateł”. Niemniej jednak po oswojeniu się ze specyficznym językiem i konstrukcją powieści, da się dostrzec sporo problemów, które targają naszym narodem.

Materiał powstał dzięki współpracy z Wydawnictwem Świat Książki.

Zacznijmy w ogóle od tego, że gdyby nie pozycja Ślepnąc od świateł” i serial HBO to w raczej nie sięgnąłbym po najnowszą książkę Jakuba Żulczyka. W ten prozaiczny sposób wdepnąłem w niezłe błoto, ale sądząc po wielu komentarzach w internecie nie byłem w takiej sytuacji odosobniony. Nie pocieszyło mnie to jakoś szczególnie, ale po wielu różnych ocenach (w tym zamieszczanych przez samego autora na jego profilu na Facebooku) postanowiłem się odciąć i podejść do tematu bez jakichkolwiek wpływów.

Od razu przyznaję, że lektura „Czarnego słońca” pochłonęła sporą część mojego życia, a sam proces czytania porównałbym do maszerowania boso po pustyni w 40-stopniowym upale. W głównej mierze dlatego, że po prostu po głośnej powieści Żulczyka nie spodziewałem się czegoś takiego. Być może spowodowane jest to tym, że nie znam całej twórczości autora i tego, że napisał on już kilka utworów z dziedziny literatury fantastycznonaukowej, przedstawiających czarną wizję przyszłości.

W powieści Żulczyka państwem polskim rządzi klerykalny, faszystowski rząd pod kierownictwem Ojca Premiera, którego gabinet składa się wyłącznie z księży. Władze wyprowadziły Polskę z Unii Europejskiej, a wszystko dzięki odkryciu potężnych złóż ropy naftowej na dnie Morza Bałtyckiego. Jakby tego było mało na ulicach miast o porządek i etniczną czystość dba policja, żołnierze i bojówki, takie jak Prawdziwy Faszyzm. Wspomnę jeszcze tylko o Bieszczadach, gdzie polska administracja buduje obozy koncentracyjne dla uchodźców.

Głównym bohaterem książki jest Gruz – członek organizacji Prawdziwy Faszyzm, który na zlecenie rządu sprząta kraj z niepotrzebnych jednostek. Trudno nie znaleźć w nim podobieństwa do największych znanych nam bohaterów kreskówek czy filmów. Bo tak, jest on niezniszczalny. I jeszcze jedno: jest on jednym z narratorów całej opowieści.

Główna oś powieści zbudowana jest na tym wątku religijnym: Gruz otrzymuje zadanie przewiezienia z pilnie strzeżonego obozu w Bieszczadach dziecka i jego matki, a zleceniodawcą jest Ojciec Premier. W trakcie zadania okazuje się jednak, że 4-letni chłopczyk jest Jezusem, który ponownie zstąpił na Ziemię, a kobieta kolejnym wcieleniem Maryi. I już w tym momencie muszę zaznaczyć, że religia proponowana w „Czarnym słońcu” oparta jest na brutalnej moralności, z bezlitosnym i surowo każącym Bogiem (z jego matką w komplecie). Osoby religijne i czytające Ewangelię mogą być… zdziwione i zdruzgotane jednocześnie. Zwłaszcza jak będą czytały fragmenty jak nasz Gruz niszczy i zabija wszystko, co staje na drodze tej dwójki. To pierwszy problem z jakim spotykamy się podczas lektury, czyli ogarnięcie tej dziwnej formy, konstrukcji, która w mojej opinii osoby religijnej jest nie do przyswojenia. Nie będę zdradzał szczegółów, ale są różne wątki i liczne nawiązania do Pisma Świętego, ale przekształcone w sposób ocierający się wręcz o herezję.

Drugi problem to język powieści i fabuła oparte na przemocy. Wątki przeskakują między brutalnymi scenami totalnych rozpierduch, a chwilami spokoju. W kontekście narracji i kreacji postaci mam problemem z odbiorem Gruza, który jest na wskroś zły, spotyka świętą rodzinę, przechodzi nawrócenie, a na koniec i tak jest taki sam jak wcześniej. Więc gdzie nastąpiła ta zmiana?

Wspomniałem już kilka razy o zmęczeniu tą lekturą, ale nie tylko temat, wątki i język nie pomaga czytaniu. Uciążliwy jest ten podział na dwóch narratorów (Gruza i autora Jakuba), których gadki-szmatki rozrywają wszelkie napięcie zbudowane chwilę wcześniej. I teraz sam już nie wiem, czy jest to błąd pisarza, czy świadomy zabieg, który ma jeszcze mocniej uderzyć czytelnika i zmieszać go z błotem.

Tylko że na samym końcu ja-czytelnik odniosłem wrażenie, że chciałem zostać do tego błota wepchnięty, chciałem zostać sprowokowany przez autora. Bo kiedy zasiądziemy do tej lektury bez konfrontacji z wieloma recenzjami, wieloma komentarzami (bardzo często nieprzychylnymi), kiedy przedrzemy się przez wszystkie elementy obraźliwe (i to nie tylko uczucia religijne, ale wartości ludzkie, narodowe), kiedy przebijemy się przez całą „obudowę” (albo makijaż, jak kto woli) dojdziemy do sedna. Dokopiemy się do jądra naszych narodowych problemów.

Czytanie „Czarnego słońca” było bardzo dotkliwe emocjonalnie i kosztowało mnie sporo: czasu, nerwów i cierpliwości. Nie spodziewałem się takiego podejścia do tematu, konstrukcji historii opartej na uderzeniu w wiele istotnych dla mnie rzeczy, ale to wymusiło na mnie myślenie nie wprost, szukanie rzeczy ukrytych między wierszami.

I chociaż po zamknięciu ostatniej strony i odłożeniu na półkę czułem wielką ulgę, najnowszą powieść Jakuba Żulczyka uważam za książkę dobrą i na pewno warto się z nią zmierzyć. Chociaż ostrzegam, że nie będą to chwile przyjemne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *