Kołysanka z Auschwitz

Po „Tatuażyście z Auschwitz” przyszedł czas na recenzję kolejnej ksiązki o tematyce obozowej, która miała premierę w 2019 roku. Mario Escobar nie popełnił błędów Heather Morris i stworzył książkę kompletną, do której nie ma w zasadzie do czego się przyczepić.

Tak się składa, że w ostatnich miesiącach wyszło kilka pozycji opisujących lata II Wojny Światowej oraz losy ludzi uwięzionych w Auschwitz. Jako że już co nieco wspominałem o tym, że na lekcjach historii zawsze najbardziej interesowały mnie właśnie tamte czasy, to nie pozostało mi nic innego jak sięgnąć po „Kołysankę z Auschwitz”. Zamawiając tę książkę bardzo liczyłem na to, że wkrótce zajmie ważne miejsce w mojej nie tak dużej biblioteczce.

Ale zanim wymienię się swoimi spostrzeżeniami, to warto byłoby opisać, o czym opowiada ta książka. W maju 1943 roku do domu Helene Hannemann wkracza policja, która z rozkazu Heinricha Himmlera zabiera do obozów śmierci Romów i Sinti. Jej mąż i dzieci mają trafić do Auschwitz-Birkenau, ale ona, jako przedstawicielka czystej aryjskiej krwi, może wybrać wolność. Nie wyobraża sobie rozstania ze swoimi pociechami, dlatego decyduje się na dobrowolne zesłanie do lagru. Jej mąż zostaje oddzielony od reszty rodziny, a Helene jako wyszkolona pielęgniarka zostaje wyznaczona przez doktora Josefa Mengele do prowadzenia obozowego przedszkola.

Kolejna książka w tej tematyce i kolejna pozycja, która ukazuje nam obozowe realia z zupełnie innej strony. Tym razem wyjątkowe jest to, że na pierwszy plan wysuwają się dzieci. Tak, chodzi o bezbronne i niewinne dzieci, które kilka lat po narodzinach były pozbawiane wolności i radości z życia, często umierając na długo przed tym, gdy zaczęły choć trochę pojmować świat.

Już po przeczytaniu pierwszych kilkudziesięciu stron nasuwają się porównania do „Tatuażysty z Auschwitz”, którą miałem okazję przeczytać i zrecenzować (link w odnośniku) w tym roku. Przede wszystkim w pozycji Mario Escobara mamy możliwość obserwowania losów głównej bohaterki właśnie z perspektywy matki, która zrobi wszystko co w jej mocy, aby uratować dzieci, nawet kosztem własnego życia.

Ktoś może powiedzieć, że przecież „Kołysanka z Auschwitz” też jest w pewnym stopniu podkoloryzowaną historią. Racja. Wszystko to jednak mieści się w granicach zdrowego rozsądku i bez rażących przeinaczeń. Co bardzo mi zaimponowało (bo niestety pod tym kątem się rozczarowałem u Heather Morris), autor na koniec poświęcił kilka stron na wytłumaczenie i sprecyzowanie, co dokładnie zmienił na potrzeby książki i dlaczego się na to zdecydował. Hiszpan nie posunął się do tego stopnia, aby oszukać swojego czytelnika, lecz od samego początku opisywał całą tę historię jako opowieść inspirowaną prawdziwą historią Helene Hannemann.

Po zakończeniu tej dosyć krótkiej, aczkolwiek bardzo treściwej lektury (posiada nieco ponad 200 stron) pragnie się na chwilę przystopować, odwrócić uwagę od codziennego życia i zastanowić się nad tym jak Romowie (czy inne mniejszości narodowościowe) cierpieli w tamtym okresie tylko ze względu na swoje pochodzenie. Godną podziwu jest również postać głównej bohaterki, którą po prostu możemy wziąć za wzór dobrej matki.

Patrząc na całokształt (czyli świetne wydanie, z charakterystyczną okładką, do tego w twardej oprawie), nie mam wątpliwości, że przeczytałem w ostatnich dniach jedną z najlepszych książek 2019 roku i do której będę wracał niemal przy każdej możliwej okazji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *