Od jednego Lucypera

Podczas lekturyOd jednego Lucypera” wracała do mnie myśl, że ja już tę książkę czytałam. Oczywiście nie chodzi mi o to, że autorka skopiowała czyiś pomysł, nic z tych rzeczy. Kilka lat temu czytałam „Hohaj”autorstwa Elisabeth Rynell, później „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” Marcina Wichy i teraz powieść Anny Dziewitt-Meller. Wszystkie te książki mają jedną, wspólną cechę – pozostawiają czytelnika smutnym.

Na wstępie powiem, że zdarzyło mi się w przeszłości przeczytać „Górę Tajget” i pamiętam, że lektura ta bardzo mocno mnie wciągnęła. Oczywiście sama fabuła była niezwykle ciekawa pod wieloma względami, ale dodatkowo forma opowieści zrobiła na mnie duże wrażenie.

Jeżeli chodzi o „Od jednego Lucypera” to przyznam, że bardzo trudno było mi ją przeczytać. Oczywiście najbłahszym z powodów jest fakt, że nie posługuję się językiem śląskim, więc musiałam się wspomagać w tłumaczeniach, ale trudniej było przebrnąć przez samą fabułę. Nie ulega wątpliwości, że historie opisane w książce są bezpośrednio związane ze Śląskiem i z całą pewnością wielu czytelników z tego regionu odniesie je do życia swoich rodzin. Moim zdaniem jednak, przekaz tej opowieści jest o wiele bardziej uniwersalny. Łatwo zauważyć, że ponad historią indywidualną bohaterek, widzimy historię zbiorową o kobietach porzuconych: pozostawionych przez mężczyzn, pozostawionych przez rodziny, pozostawionych przez matki, aż ostatecznie pozostawionych przez siebie.

Kilka słów o fabule. Książka opowiada dwie historie: współczesnej młodej wykładowczyni uniwersyteckiej oraz jej krewnej, kobiety pracującej w fabryce na Śląsku w okresie powojennym. Główne bohaterki dzieli właściwie wszystko: czasy, w których żyją, zobowiązania rodzinne, wygląd zewnętrzny, ale jednak towarzyszy im obu poczucie niespełnienia i niezrozumienia. Starsza z nich wbrew swojej woli zostaje dodatkowo wplątana w aferę polityczną, za co ostatecznie płaci najwyższą cenę. Obie kobiety mają swoje marzenia, które wydają się być przyziemne, ale okazują się niemożliwe do spełnienia.

W tym momencie warto zaznaczyć, że książka nie opowiada o kobietach słabych i pogodzonych z losem, a wręcz przeciwnie mamy do czynienia z walecznymi i nie poddającymi się bohaterkami. Dawno nie czytałam powieści, w której to płeć piękna jest w centrum zainteresowania autorki i to ich historie wychodzą na pierwszy plan w fabule. Oprócz konkretnego doboru postaci bardzo podobał mi się język. W niektórych momentach bardzo naturalistyczny, wręcz ohydny, ale uzasadniony, bo prawda bywa okrutna.

Podsumowując „Od jednego Lucypera”, to opowieść, która dotyczy każdego i każdej z nas, bo czy chcemy czy nie, wszyscy jesteśmy poturbowani. Co ciekawe, nie ma w tej książce moralizowania, a mogłoby być, bo w kilku momentach aż się prosi o pouczenie czytelnika, ale nie.  Autorka pozostawia przemyślenia po stronie czytelnika i właściwie niczego mu nie narzuca.

 Na koniec wspomnę o tym smutku, który na początku przywołałam, a później gdzieś go zapodziałam. Lekturze tej książki on towarzyszy, ponieważ głównym jej tematem  jest strata. Mimo tego, że każdy z nas jej doświadczył lub doświadcza, to trudno taką historię polecić innym. Z czystym sumieniem mogę polecić ją jedynie ludziom zagubionym, a z całą pewnością tym, którzy uważają, że ich życie jest niepełne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *