Codzienność. Sierpień – wrzesień 1944

Opowieść Teresy Sułowskiej-Bojarskiej wielokrotnie szokuje, często uczy, momentami wzrusza, ale ze wszech miar przestrzega. Współczesnych ludzi przed piekłem wojny.

Materiał powstał dzięki współpracy z „Państwowym Instytutem Wydawniczym”.

„Właściwie wszystkie fakty znam, zdarzenia są podobne; obraz tych tygodni jest skrupulatnie udokumentowany, a jednak Codzienność… ma ton, którego wcześniej nie spotkałem – jest napisana naprawdę przez kilkunastoletnią dziewczynę” – czytamy w liście Andrzeja Wajdy do autorki, który wydawca zamieścił na tylnej stronie okładki.

Trudno nie zgodzić się z naszym wybitnym reżyserem. Temat Powstania Warszawskiego był jak dotąd wałkowany i komentowany wielokrotnie. Na czynniki pierwsze rozłożyła je każda redakcja, większość publicystów i historyków, nie wspominając już o licznym gronie autorów (w tym również tych filmowych). Sam przeczytałem na ten temat sporo publikacji i książek, ostatnio chyba najmocniej poruszyło mnie „Kinderszenen” Jarosława Marka Rymkiewicza.

Powstanie to przede wszystkim ludzie

Jest jednak w „Codzienności…” coś wyjątkowego. Po pierwsze osoba samej autorki i sposób w jaki przedstawia dramat tamtych czasów. Teresa Sułowska-Bojarska w momencie wybuchu powstania miała 21 lat. Pełnoletniość osiąga się w wieku 18 lat, ale jak jest z tą dojrzałością? Na własnym przykładzie wiem, że potrzeba na nią czasu, ale ludzie, których dotknęło piekło II Wojny Światowej jego nie mieli. W opowieści „Klamerki”, bo taki pseudonim miała w podziemiu, zachowany został brak dystansu do opisywanego świata. Ten sposób narracji uderza w nas mocno, ale dzięki temu nadaje lekturze wyjątkowości.

W czym ta niezwykłość się najbardziej ujawnia? Przede wszystkim w ludziach i ich historiach. Sułowska-Bojarska dużo czasu poświęca swoim kolegom i koleżankom z oddziału, poznajemy ich historię aż do śmierci, bo autorka w każdym przypadku zaznacza, czy komuś udało się przeżyć wojnę, czy poległ. A jeśli już, to dokładnie wskazuje, kiedy i gdzie. Na początku odebrałem to jako drobiazgowość, ale teraz uważam, że to wyraz największego szacunku dla walczących.

Najważniejsze jest jednak to, że „Klamerka” mocno skupia się na nastrojach warszawiaków. Mam w pamięci słynną scenę z przywołanego już „Kinderszenen”, kiedy po zdobyciu pojazdu opancerzonego Polacy wiwatowali, by rozpaczać tuż po jego wybuchu. W „Codzienności…” mamy wręcz kalendarzowy zapis nastrojów społecznych. Od wielkiej euforii aż po potępienie i stygmatyzowanie walczących.

Inne spojrzenie na powstanie

W jaki sposób zostało to przekazane? Opowieść Sułowskiej-Bojarskiej przenosi nas na zaplecze frontu, a właśnie tam koncentrowało się życie powstańczej Warszawy. Mamy zatem opis radości pierwszych dni wolności, piękny opis ulic i domów przystrojonych polskimi flagami oraz cywili – z każdym kolejnym dniem coraz bardziej wrogo nastawionymi. Kiedy bombardowania i brutalność Niemców nasilała się, mieszkańcy Mokotowa głównie zgromadzeni w piwnicach, wręcz domagali się zakończenia powstania.

Katarzyna Utracka w niezwykle ciekawym posłowiu tłumaczyła to tym, że na Mokotowie, w przeciwieństwie do innych dzielnic, organizacją życia społecznego miało zająć się wojsko. Jeśli nałożymy do tego kontrofensywę Niemców i układ urbanistyczny dzielnicy, zdominowany wówczas przez liczne wolnostojące budynki, mamy jak na dłoni przyczynę odcięcia tego rejonu od pozostałych części Warszawy oraz idealny przykład działania psychologii tłumu. Bloki lub domy oddalone od siebie, w każdym – najczęściej w piwnicach – zgromadzeni przerażeni mieszkańcy, wypatrujący nadlatujących bombowców lub hitlerowców z miotaczami ognia i granatami. Wystarczy to sobie wyobrazić i od razu zrozumiemy, że atmosfera nie sprzyjała jedności, a tym bardziej patriotycznym zrywom.

W końcu „Codzienność…” jest wyjątkowa, bo zabiera czytelnika na zaplecze frontu, gdzie poznajemy rzeczywistość ludzi, którzy pracowali w kwatermistrzostwie, szpitalach, łączności i wszystkich innych miejscach ważnych dla prowadzenia działań wojennych. Niektórych może zdziwić, że nasza narratorka zamiast pistoletu czy granatu miała na wyposażeniu motykę i worek, do którego wrzucała znalezione produkty. Autorka szczegółowo opisuje swoje zadania, a ci, którzy w tym momencie stwierdzili, że dni spędzała na nudzie, podczas lektury dostaną obuchem w twarz.

Rozprawa na temat bohaterstwa

Sułowska-Bojarska w tej swojej historii jest brutalnie szczera, jej szczegółowe opisy są pozbawione naiwności, tak jakby, w nawiązaniu do początku recenzji, narratorem był 80-latek, który w życiu widział wszystko, a Powstanie Warszawskie na Mokotowie to kolejne jego zlecenie w redakcji. To wszystko wpływa również na to, że relacja „Klamerki” jest żywa i obrazowa. Podczas lektury czujemy zapach śmierdzących i zatęchłych piwnic, jak również unoszącą się w powietrzu woń nadziei.

Dużo napisałem już o tym, w jaki sposób autorka zbudowała swoją opowieść, co przedstawiła niezwykle obrazowo i dokładnie. Na koniec jeszcze o jednym: „Codzienność. Sierpień-wrzesień 1944” to naturalnie brutalny zapis zbrodni Niemców na narodzie polskim, ale również przejmująca rozprawa na temat bohaterstwa. Ujmująca dlatego, bo moim zdaniem skierowana do nas – współczesnych. Sułowska-Bojarska na początku książki wspomina o mężczyźnie, który z workiem na plecach chce się przedrzeć na Wolę do schorowanej matki. Musi więc pokonać niesamowitą drogę, wręcz niemożliwą do przejścia. I to on, według autorki, okazał się największym bohaterem, bo wykazał się człowieczeństwem najwyższej miary.

„Codzienność…” szokuje, uczy, wzrusza, ale ze wszech miar przestrzega nas przed grozą wojny. Dlatego uważam ją za jedną z najlepszych książek jaką przeczytałem w tym roku.

Spodobał Ci się ten artykuł? Udostępnij go znajomym!

1 Comment

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *