Białe kości

Graham Masterton to wybitny i uznany na całym świecie autor horrorów – i nie tylko, o czym dalej – ale „Białe kości” dowodzą, że wśród autorów thrillerów grozy należy do ścisłej czołówki. Pierwsza część serii o nadkomisarz Maguire może wydawać się straszna, ale została tak świetnie skonstruowana i napisana, że jej lektura to przyjemność.

O Grahamie Mastertonie dowiedziałem się kilka lat temu, jeszcze w czasie mojej pracy w księgarni. Angielski pisarz to mistrz książek, które mrożą krew w żyłach, a głównymi bohaterami są duchy i inne potwory z zaświatów. Innymi słowy jest to wybitny twórca powieści grozy, ale jak można wyczytać w nocie o autorze, stworzył on nie tylko horrory, a również romanse, powieści obyczajowe i – uwaga – poradniki… seksuologiczne!

Moją uwagę przykuły jednak thrillery, o których również słyszałem wiele dobrego. Jako pierwszą na warsztat wziąłem książkę rozpoczynającą serię o nadinspektor Katie Maguire. I już na początku trzeba wspomnieć o tym, że Masterton nie byłby sobą, gdyby nie wplótł w zwykły kryminał wątków związanych z mistycyzmem i światem pozagrobowym.

Długo myślałem o tym na czym oprzeć recenzję „Białych kości” i wpatrywanie się w okładkę wydawnictwa Albatros natchnęło mnie, że pierwsza strona tej książki idealnie oddaje klimat całej powieści. Miejscem akcji jest przecież deszczowa Irlandia, a konkretnie jej prowincja, czyli z pozoru spokojne miasteczko w hrabstwie Cork. I ten smutek, tę szarość otoczenia widać na okładce, na której dominuje czerń, światło wskazuje nam porę dnia, a w centrum okładki jest zgrabna ruda kobieta w czerwonym płaszczu.

Kiedy sięgałem po „Białe kości” wiedziałem, że to seria, której główną bohaterką jest nadkomisarz Maguire. Okładka natomiast wyraźnie to podkreśla. Dodatkowo Mastertonowi udała się sztuka stworzenia ciekawej wiodącej postaci. Na pewno kobieta w roli osoby prowadzącej śledztwo (szczególnie w osobie nadkomisarza) to nie jest odkrycie na miarę wynalezienia pierwszej szczepionki, ale nasza postać została przedstawiona w interesujący (rzeczywisty) sposób.

Mastertonowa Katie jest bowiem tylko pozornie szczęśliwą osobą. W pracy wiedzie jej się znakomicie, jako jedna z niewielu kobiet zaszła na tak wysoki szczebel w policji, a jej nieugiętość, instynkt i inteligencja sprawiają, że jest jednym z najlepszych oficerów w kraju. Potwierdzają to również jej wyniki. Gorzej układa się tej osobie w domu, gdyż wspólnie z mężem przeżywa tragedię po tym, jak jej dziecko zmarło śmiercią łóżeczkową. Katie i Paul jakoś z tego wyszli, ale cała sytuacji najmocniej odbiła się na mężczyźnie, który nie potrafi odnaleźć się w życiu. Czy czegoś wam to nie przypomina? Według mnie tak wygląda sytuacja w większości rodzin policjantów i ta złożoność problemów jest ciekawie pokazana.

Dużo zdań poświęciłem Maguire, bo „Białe kości” to nie tylko wątek kryminalny, ale kilka pobocznych tematów, w które mocno wplątana jest nasza bohaterka. Główna oś to sprawa znaleziska ciał 11 kobiet sprzed około 80 lat, do których przewieszono laleczki voodoo. Z powodu tak starego znaleziska nadkomisarz otrzymuje naciski z góry, aby zamknąć sprawę w wyniku braku świadków i jej przedawnienie. Po kilku dniach jednak na tej samej farmie odnaleziono kolejne, tym razem świeże, szczątki kobiece. Z kośćmi obdartymi z mięśni, skóry i z tymi samymi laleczkami.

Opis może wydawać się wstrząsający, ale to jedynie marne streszczenie kunsztu Mastertona, który w opisach zbrodni oraz jej szczegółach nie ma sobie równych. Jeśli miałbym go do kogoś porównać, to chyba jedynie do Tess Gerritsen, chociaż po tej lekturze wyżej cenię Anglika.

Dodatkowym smaczkiem w odbiorze tej historii jest umiejscowienie akcji: małe miasteczko, ludzie znający się od lat i taka zbrodnia. Podejrzenia natychmiast padają na któregoś z mieszkańców, ale i tutaj jako czytelnicy musimy mieć się na baczności. Bo Masterton potrafi zwodzić za nos. I uwierzcie mi, że zrobi to wielokrotnie.

Dzięki temu książka do samego końca trzyma w napięciu, a my do kluczowej finalnej sceny nie wiemy, kto jest mordercą. Czasami zdarza się tak, że autor wplata w fabułę jakąś podpowiedź, ale zdradzę wam, że Anglik nie należy do takiego grona pisarzy. Uwikłania, powiązania, komplikacje, tragedie… Intryga jest tak dobrze skonstruowana, że czyta się to z zapartym tchem. A do tego jeszcze ten irlandzki klimacik!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *