Łzy wojny

„Łzy wojny” polecamy wszystkim tym, którzy pragną kilkugodzinnego, niezobowiązującego resetu od otaczającej rzeczywistości. Wszyscy bowiem znajdą tutaj coś dla siebie, a ten kto nie miał styczności z całą sagą, chętnie sięgnie po wcześniejsze pozycje.

Materiał powstał dzięki współpracy z Wydawnictwem Albatros.

O fabule napiszę najkrócej jak się da. Jest to następna część sagi, kto więc zna poprzednie losy Courteney’ów, umieści sobie ten wątek pośród innych, a kto nie zna, niech chwyci po książkę. Ona mieszka w Afryce, dokładnie w Kenii, do pewnego momentu żyje sobie spokojnie, następnie rozpoczyna się dorastanie, znacznie szybsze niż poprzednio, uczenie się życia i podróż. On nazista, bogacz rzucony w wir politycznych zawirowań, w którym wybór strony jest trudny przez uczucia i przekonania. Jak łatwo się domyślić, spotkają się. Co wyniknie z tej znajomości? Warto zaznaczyć, że wszystko dzieje się w burzliwych czasach II Wojny Światowej.

Sagi mają jedną cechę, dla jednych męczącą, dla drugich pociągającą: zdają się nie kończyć. Wpadła mi do ręki jedna z kolejnych części, bodajże piętnasta. Nie znałem wcześniej ani autora, ani jego książek, a już na pewno nie miałem pojęcia o istnieniu rodziny Courteney’ów. Wilbur Smith napisał, jak doczytałem, znaczącą liczbę książek o tematyce obyczajowej z Afryką w tle. Znał te miejsca, kochał je i ich obraz przekazywał dalej. Nie mogłem jednak znaleźć informacji czy w przypadku ,,Łez wojny”, Smith figuruje tylko nazwiskiem, czy czynnie wspierał w pisaniu młodszego pisarza Davida Churchilla.

Jeżeli chodzi o pomysł na tę książkę, a szczególnie na konstrukcję głównych wątków, to nie mogę napisać, że podróż przez tę lekturę była czymś nowym. Wszystko zdaje się podobne, skądś znane, gdzieś widziane. Są sceny zabawne, urocze, przemiłe dla wyobraźni, ale są i trudne, smutne i przerażające. Wszystko można odnaleźć we ,,Łzach wojny”, ponieważ jest to kolejny rozdział duuużej historii. Tutaj dostałem tylko ułamek, wyrwę. Złą? Nie. Po prostu zwyczajną, trochę przewidywalną. Nawet opisy i pytanie mające przyciągnąć uwagę na okładce książki, wydaje się sztampowe, bez polotu. Chyba właśnie nie treść książki, nie fabuła, a taka nijaka otoczka spowodowała sceptycyzm i dużo mniejsze zaangażowanie niż zazwyczaj. Prawdopodobnie nabrałem się na ocenę książki po okładce. Jednakże widząc słowa ,,wojna”, ,,miłość” ,,ojczyzna”, jakoś zawsze maleje we mnie wielkie zainteresowanie.

Książka idealnie wpasowuje się w mniej więcej taki opis: Dwoje ludzi. Dwa światy. Dwa kontynenty. Jeden czas. Jedna miłość? A może po prostu niekończąca się opowieść? Bo jeśli tak przysiąść i się zastanowić, historia rodu każdego, literackiego, bądź prawdziwego, przypomina niekończącą się drogę. Z kilkoma głazami, kałużami, zmienną pogodą, paroma zakrętami i ławkami. Moim zdaniem trudno dopatrywać się czegoś znaczącego w takich opowieściach. Nie mają konkretnego zakończenia, zawsze otwierają furtkę lub furtki.

Nie chciałbym, aby ta recenzja miała wydźwięk negatywny. Tak nie jest. ,,Łzy wojny” podobały mi się, mimo kilku dłużyzn i prostej koncepcji. Najgorsza jest sztampowość zapowiedzi, o której wspomniałem, bo wydaje mi się, że można to było sprzedać w lepszy sposób, jednak to już kwestia wydawnicza i marketingowa. Z całą pewnością, ogromnym atutem powieści są opisy i język. Te pierwsze przedstawiają świat wyraźnie, z konturami i wszystkimi kolorami, potrzebnymi do zrozumienia danych sytuacji i ujrzenia miejsc. Natomiast język, nienapompowany metaforami, aluzjami i wysublimowaniem, był bardzo płynny i zarazem przyjemny dla oka. Na tej płaszczyźnie powieść najwięcej wygrywa. Momentami współczułem bohaterom i byłem w centrum całego ich świata. Mimo pewnych niedociągnięć opowieść przeniosła mnie chociaż na chwilę na inny kontynent i w inne czasy. Chociaż nie było to przeżycie na miarę tygodnia nieprzespanych nocy, „Łzy wojny” czytało się przyjemnie.

Czas spędzony przy tej lekturze porównałbym do krótkiej pieszej wycieczki po miejskim parku. Podczas tej wędrówki nie spotkałem żadnej osoby z którą mógłbym dłużej porozmawiać, nie natrafiłem również na piękną kobietę, o której myślałbym tygodniami i śnił miesiącami. Ten stosunkowo niedługi okres spędziłem jednak w towarzystwie ciekawej przyrody, która na moment przeniosła moje myśli do innego świata. Dlatego polecam „Łzy wojny” tym, którzy pragną kilkugodzinnego, niezobowiązującego resetu.

Każdy znajdzie coś w tej powieści, co na chwilę zabierze go do innego świata, dlatego adresowana jest ona do szerokiego grona czytelników. Naturalnie nie tylko dla fanów całej sagi, ale ten kto przeczyta „Łzy wojny” z pewnością sięgnie po wcześniejsze pozycje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *