Wielki Widzew. Historia polskiej drużyny wszech czasów

„Wielki Widzew” Marka Wawrzynowskiego to pasjonująca opowieść o wspaniałych czasach i upadku Widzewa Łódź. O ludziach, którzy świetni byli tylko na boisku, a nie radzili sobie poza nim oraz po zakończeniu kariery.

Kiedy pokazałem tę książkę tacie i przyszłemu teściowi jednogłośnie stwierdzili: – O! To moje czasy! I rzeczywiście, „Wielki Widzew” Marka Wawrzynowskiego traktuje o Widzewie Łódź z lat 1967-1987, a ja jako ten młodszy kibic futbolu nie mam zamiaru sprzeczać się o zamieszczony podtytuł: „Historia polskiej drużyny wszech czasów”. Nie widzę w tym sensu, bo i tak każdy, w zależności od osobistych sympatii, wskaże swoją drużynę.

Bezsprzecznie Widzew z tamtego okresu był zespołem wyjątkowym. Przede wszystkim z uwagi na Ludwika Sobolewskiego, twórcę ówczesnej potęgi drużyny i osobę mocno różniącą się od współczesnych prezesów polskich klubów. Co go wyróżniało? Talent, inteligencja i pomysł na prowadzenie przedsiębiorstwa. Przejawiało się to również w doborze ludzi. Mowa tu chociażby o Stefanie Wrońskim i Leszku Jezierskim.

Jeśli jesteśmy już przy personaliach i pomysłowości Sobolewskiego, nie można zapomnieć o tym jakich zawodników ściągał do Widzewa. Byli to piłkarze krnąbrni, których najczęściej odpalano z innych klubów. Dodatkowo charakterystyczny sposób gry wymyślony przez Jezierskiego: ofensywny i agresywny (nawet na granicy dopuszczalnych norm), ale również wyłamujący się z ówczesnych standardów. Tak pokrótce mamy nakreślony plan na klub. Dzięki drobiazgowości Wawrzynowskiego poznajemy w szczegółach kształtowanie się jego struktur, pomysłu na drużynę i jej późniejsze losy.

Pomimo konkretnego tytułu i podtytułu, moim zdaniem „Wielki Widzew” nie jest książką o najlepszej drużynie swojego czasu, ale o ludziach – głównie z drugiego szeregu – którzy byli świetni na boisku. Ale tylko na nim. O drużynie, która święciła triumfy, ale momentalnie zeszła z piedestału. Również o smutnych czasach komuny lat 70. i 80., kiedy piłka była w zasadzie jedyną radością (i odskocznią) Polaków. No może poza butelką wódki.

Nie sposób nie wspomnieć o autorze „Wielkiego Widzewa”, bo jego rola jest tutaj ogromna. Styl jego pisania, oparty na wprowadzeniu krótkich zdań w narracji, nadaje fabule odpowiedniej dynamiki, która pozwala szybko pokonywać rozdziały. Dodatkowo warsztat Wawrzynowskiego, który możemy ocenić na podstawie lektury jego książki, wybija się na tle innych dziennikarzy. Pracownik WP Sportowe Fakty kilka lat zbierał materiały do swojej pracy, ale spośród nich potrafił wybrać i rozwinąć na potrzeby „Wielkiego Widzewa” konkretne wątki, które mają swoją wagę. Dodatkowo obudowane one zostały licznymi anegdotami i ciekawymi historiami, do których autor zdołał dotrzeć.

Mi osobiście zabrakło w tej historii więcej anegdot o Zbigniewie Bońku, Włodzimierzu Smolarku, czy Józefie Młynarczyku. Barwne to osoby i można było wokół nich obudować tę historię, ale z drugiej strony ich wyjątkowość przemawia za tym, aby powstały o nich osobne książki. I wiem, że Wawrzynowski pracuje nad czymś o aktualnym prezesie Polskiego Związku Piłki Nożnej. Przyczepiłbym się również do warstwy językowej „Wielkiego Widzewa”, bo momentami widać, że korekta się nie udała lub w ogóle jej nie było.

To wszystko jednak drobnostki, bo tej książki nie czyta się w celu wzbogacenia języka, ale po to, aby zajrzeć za kulisy polskiej drużyny wszech czasów. I pozycja Wawrzynowskiego nam to umożliwia, a sam autor, niczym dobry przewodnik stadionowego muzeum, zbliża nas do bohaterów tamtych wydarzeń. Czytając „Wielki Widzew” momentami miałem odczucie, jakbym był naocznym świadkiem rozgrywających się wydarzeń, a to jest największa sztuka, którą potrafią stworzyć tylko nieliczni autorzy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *