Zadra

Robert Małecki to ścisła czołówka polskiego kryminału, co autor potwierdził w swojej najnowszej powieści „Zazdra”. Trzecia część przygód Bernarda Grossa jest równie mroczna, z równie ciekawą historią kryminalną, ale przesadą było wyeksponowanie wątku obyczajowego głównego bohatera, który mało wnosi do samej opowieści, a ma wpływ na jej odbiór.

W najnowszej powieści Roberta Małeckiego wracamy do Chełmży i Bernarda Grossa. I to dosłownie, bo początek „Zadry” jest kontynuacją wydarzeń z „Wady”, kiedy kolejna sprawa przerwała jego spotkanie z Malwiną.

W „Zadrze” komisarz Gross musi zmierzyć się ze sprawą odnalezionych w pobliskim lesie kości. Niecodzienne znalezisko spowoduje początek śledztwa, w którym nowe tropy zaprowadzą policjantów do zagadkowego dochodzenia dotyczącego zaginięcia pary studentów sprzed 16 lat. W przypadku takich tematów jest jeden znaczący problem: aby dotrzeć do faktów, należy przedrzeć się przez wspomnienia rodzin pogrążonych w rozpaczy, do tego osób bardzo często zrezygnowanych, pogodzonych z nieuniknionym losem. Trzeba oddać Małeckiemu, że kolejny już raz znakomicie oddał stan emocjonalny swoich bohaterów. Powtórzę się z poprzednimi recenzjami, ale cenię tego autora właśnie za umiejętność budowania postaci oraz to jak potrafi on stworzyć ich również pod względem charakteru i emocji.

Ten kto czytał poprzednie części tej serii doskonale wie, że nie tylko sam bohater, ale klimat tych książek przyciąga do lektury. Chełmża nie jest metropolią, nie jest też jakimś wielkim miastem, a krocząc wraz z Bernardem i Skałką można odnieść wrażenie, że powierzchnia tej miejscowości nie przekracza rozmiaru największych dzielnic Warszawy. A jednak autorowi udało się przedstawić ją w mroczny sposób. Przy okazji „Zadry” to odczucie jest jeszcze bardziej spotęgowane, bo cała historia spowita jest niezmierzoną ilością deszczu i przenikającego chłodu.

Chwała zatem autorowi za to, że w kolejnej części udało mu się odtworzyć mroczny klimat ze „Skazy” i „Wady”, a co ciekawe, w „Zadrze” troszkę rozwija się również wątek głównego bohatera. Mowa tutaj nie tylko o prowadzonych przez niego śledztwach, ale przede wszystkim jego sytuacji z żoną i Malwiną, do której tutaj bardzo się zbliża. Mimo wszystko moim zdaniem sam komisarz (szczególnie decyzje, które podejmuje) cały czas jest wyjęty żywcem z poprzednich książek, co robi się już nudne i przewidywalne.

Cieszy natomiast zakończenie, które otwiera furtkę do głębszego poznania przeszłości bohatera. A skoro będziemy grzebać w historii Bernarda, spodziewam się jeszcze większego dramatu naszej postaci. Wszak nic tak nie uderza w człowieka, jak rozdzieranie zaschniętych ran.

Nie będę ukrywał, że mam też z „Zadrą” spory problem. Roberta Małeckiego uważam za jednego z większych, o ile nie największych moich odkryć 2019 roku, ale jego najnowszą powieść uważam za niedopracowaną, napisaną na kolanie. Chociaż uwielbiam tego autora i sposób prowadzenia przez niego fabuły, tak w „Zadrze” do 400 strony odczuwałem znudzenie. Oczywiście początek jest mocny, ale później historia tonie gdzieś w wątku obyczajowym, który summa summarum wnosi niewiele. Wątpliwości mam też odnośnie samych rozwiązań fabuły (np. kwestia operacji plastycznych jednej z bohaterek), nie wybaczę Małeckiemu również jednego: literówek. Zdaję sobie sprawę, że to działka redakcji i edycji, ale błędy pojawiające się co chwila po prostu irytują.

Żeby nie było jednak tak pesymistycznie. „Zadra” to udana książka, z solidną i dobrze opowiedzianą historią kryminalną. Jest intryga, są bohaterowie, ale tego efektu wow, jak przy „Wadzie” i „Skazie”, nie było. Małecki to cały czas czołówka polskich pisarzy z tego gatunku, czekam zatem na kolejną – mam nadzieję – lepszą część.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *