Król

Szczepana Twardocha można nie lubić, można się z autorem nie zgadzać, ale jego książki warto czytać choćby po to, aby wiedzieć, co ma dla nas do przekazania. „Król” w lekturze na pewno nie jest łatwy, taka już cecha pisarza z Pilchowic, ale przynajmniej jest to pozycja o czymś.

W recenzji ostatniej, i tak się składa, że pierwszej przeczytanej przeze mnie książki Szczepana Twardocha, tak pisałem o „Morfinie”: „nie jest książką łatwą i z pewnością nie wszystkim przypadnie do gustu. Opowieść Twardocha chwilami doprowadza do szału, momentami zniesmacza wulgarnością, czasami irytuje absurdalnymi wątkami, ale jak już się do niej usiądzie i odda całkowicie, płynie się niczym substancja w żyłach Konstantego Willemanna”.

Czy „Król” w jakiś sposób różni się od „Morfiny”? Cechą wspólną na pewno jest język powieści, główny wątek również jest podobny, a sama książka traktuje o szeroko rozumianej obecności, sile zła oraz naturze ludzkiej. W największym skrócie: Twardoch nie przedstawia nam pięknego świata, a lektura tej książki może czytelnika zaboleć. Chociaż moim zdaniem mniej niż we wspomnianej już „Morfinie”.

Jakub Szapiro

Jaką historię opowiada nam „Król”? To opowieść o przedwojennej Warszawie, która została przemieniona w pole walki. Z jednej strony są prowadzeni przez Kuma Kaplicę socjalistyczni bandyci, z drugiej brutalni falangiści. Pierwszym moim skojarzeniem była wojna gangów w Polsce lat 90. bo brutalność, agresja i przemoc są na podobnym poziomie. Zwycięzcą takiego mrocznego świata wydaje się Mojsze Bernsztajn, który ginie z rąk Jakuba Szapiry – najsłynniejszego warszawskiego bandyty.

I właśnie jeśli miałbym podać jeden powód, dla którego warto „Króla” przeczytać, to zdecydowanie ze względu na głównego bohatera. Nie przypominam sobie, aby w ostatnim czasie w polskiej literaturze pojawiła się postać tego typu. Przyzwyczajeni jesteśmy do czarnych charakterów o skrajnych nałogach, gości skazanych na porażkę, a tutaj mamy świetnego boksera, który jest gangsterem i właściwie ma jeden dylemat moralny. Do tego wspaniałą rodzinę, o którą dba niczym wzór współczesnego ojca (znowu widzę tu podobieństwo do polskich gangsterów z lat 90.).

Muszę przyznać, że bardzo podobała mi się również dwójka bohaterów: Ryfka Kij i Pantaleon Karpiński – fantastycznie scharakteryzowani, niebanalni i przede wszystkim tak poprowadzeni, że nie sposób przejść obok nich obojętnie. Gorzej jest już z całą resztą, która w zdecydowanej większości mało wnosi do powieści.

Niepotrzebny kaszalot

Podobnie jak słynny wieloryb, który unosi się nad Warszawą i nieustannie towarzyszy bohaterom. W „Morfinie”, do której pewnie jeszcze nie raz się odwołam, również mieliśmy dziwną niezidentyfikowaną figurę, ale jednak jej obecność w powieści była bardziej przemyślana, bo mocno skorelowana z Konstantym. W „Królu” wydaje mi się, że „Litani” został doklejony na siłę, tak żeby nie zmieniła się forma twórczości (cykl?) autora. Niepotrzebnie.

Podobnie rzecz ma się z pewnym trickiem narracyjnym, który Twardoch standardowo użył w swojej książce, ale niestety rozwiązanie zagadki przyszło zdecydowanie za szybko i było bardziej rozczarowujące niż finał lektury. Niemniej trzeba autorowi przyznać, że ta gra narracją, czyli postać osoby opowiadającej, to jak zostały przedstawione możliwe dolegliwości podstarzałego człowieka (w jaki sposób przypomina sobie dawne czasy), jest kluczowa dla całej historii. I co ważne, bardzo dobra. A byłaby wybitna (może nawet mistrzowska) gdyby nie ten popsuty kulminacyjny moment.

Wulgarna Warszawa lat 30.

Na sam koniec zostawiłem sobie bohatera drugoplanowego, czyli Warszawę w 1937 roku. Twardoch w „Królu” nie zmienił swojego stylu, nadal jest on ostry, a nawet wulgarny. Cała stolica w tej historii jest pogrążona w przemocy, a ta w swoje sidła wzięła po prostu wszystkich. We wstępie napisałem, że nie jest to książka łatwa, ale jakoś specjalnie piękna również nie jest. Jeżeli wycisnęlibyśmy „Króla” niczym szmatę, to w misce znaleźlibyśmy dużą ilość krwi – tak brudna jest to historia.

Bohaterowie mordują się tutaj bez zastanowienia, porozumiewają się rynsztokowym językiem (dosłownie wszyscy), ciągle wciągają kokainę, jeżdżą drogimi i szybkimi furami, a większość akcji tej książki toczy się w burdelu. I jeśli podczas tej lektury totalnie oddamy się w ręce autora, a po skończonej książce wczytamy się w fakty, możemy odczuć porządny dysonans. Trudno bowiem uwierzyć, w te samochody, podobnie jak w język, którym u Twardocha porozumiewają się wszystkie warstwy społeczne.

Chociażby po oburzeniu weteranów Powstania Warszawskiego na film „Miasto 44” można mieć wątpliwości odnośnie historycznej zgodności tej książki. Jeśli macie zamiar ją przeczytać z tego powodu, to pewnie będziecie rozczarowani. Jeśli natomiast celowo wchodzicie w wymysł Twardocha, po to, aby przekonać się, co autor tym razem ma Wam do przekazania, nie powinniście się zawieść. Zwłaszcza, że już niedługo na antenie Canal+ emisja serialu na podstawie tej książki.

Zostaw po sobie ocenę!
Moje recenzje
Spodobał Ci się ten artykuł? Udostępnij go znajomym!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.