Normalni ludzie

Sally Rooney snuje historię o miłości i nie-miłości. O zaburzeniach i nie-zaburzeniach. Nie kreuje swoich bohaterów – są ludzcy, wyciągnięci z prawdziwego świata. Nie jest narratorem, nie komentuje i nie ocenia. Stoi obok i przygląda się ich (prawie) normalnemu życiu.

„Normalni ludzie” nie są tak naprawdę normalni. Irlandzka autorka już w tytule podkreśla, że będzie balansować pomiędzy antagonizmami. I bynajmniej nie boi się o tym otwarcie powiedzieć – wszak sami bohaterowie wielokrotnie zaznaczają, że w ich relacji chodzi o dynamikę.

Ale tak naprawdę to nie jest opowieść o związku czy rozstaniach i powrotach. To historia o tym, jak reagujemy, w jaki sposób przystosowujemy się do nowych warunków i czy to wszystko robimy w zgodzie z samym sobą. Nie bez przyczyny piszę o „nas”, bowiem właśnie w tym koncepcie zawiera się esencja powieści – z założenia każdy powinien odnaleźć w niej problem, z którym już się zmierzył. Albo jeszcze jest przed nim.

Sally Rooney wrzuca czytelnika do świata dwójki nastolatków, którzy stoją u progu dorosłości. Ona, Marianne, pochodzi z bogatego domu. Myśli, że urodziła się z jakimś defektem, bo nikt nie potrafi jej pokochać. On, Connell, w obu kwestiach wręcz przeciwnie – jego matka ledwo wiąże koniec z końcem, pracując jako sprzątaczka w domu dziewczyny. I wszyscy go lubią, jest gwiazdą szkolnej drużyny piłkarskiej.

Ale nie dajcie się zwieść. To nie jest kolejna historia o miłości, która burzy mury między klasami społecznymi. Trudno nawet powiedzieć, czy w tym wszystkim najważniejsze jest uczucie. Pisarka otwiera przed nami okno do ich świata i przykłada palec do ust, jakby chciała przekazać, że możemy obserwować, ale nie powinniśmy oceniać. Ona też tego nie robi. Przyjmuje ich rzeczywistość bez mrugnięcia okiem. Wyraża się to między innymi przez specyficzną budowę powieści. Bo chociaż każda partia dialogowa rozpoczyna się od nowej linijki, to jest pozbawiona myślnika. Tak, jakby tej ingerencji z jej strony miało być jak najmniej.

Tak, jakbyśmy celowo dostali nieco więcej czasu na oswojenie się z ich rzeczywistością.

Tego „czasu” rzeczywiście potrzeba. Nie tylko po to, aby przyzwyczaić się do braku pauz dialogowych, ale też ze względu na inne zabiegi. Historia dzieje się tu i teraz, co oznacza, że ani my, ani tym bardziej bohaterowie nie mają nawet chwili na reakcję. Mogą jedynie poświęcić kilka sekund na retrospekcje, ale przez to, jak są opowiedziane, również nie mamy wrażenia, że dzieją się w przeszłości. Znacznie bardziej stanowią obecny proces myślowy bohaterów – mają wpływ na podejmowane przez nich decyzje, nie działają w stylu „było, minęło”.

Dzięki temu mamy wrażenie, że ciągle musimy gnać za bohaterami. Przecież my też nie robimy sobie przerw od życia, więc czemu mielibyśmy zrobić ją teraz? Być może dlatego przeczytałam tę książkę w jedno popołudnie i być może właśnie dlatego zdecydowanie nie polecam brać ze mnie przykładu.

Nie dlatego, że Sally Rooney męczy swoim sposobem (nie)narracji, a ze względu na ogrom emocji, który towarzyszy w trakcie lektury.

Bo chociaż na pewnym etapie historii ma się już pewność, że pisarka ciągle operuje jednym schematem, to wcale nie jest on powtarzalny. Owszem – od samego początku chodzi o antagonizmy. Gdy jedno jest szczęśliwe, drugie nie widzi żadnego sensu w swoim życiu. Gdy ona staje się duszą towarzystwa, on nie odnajduje się w nowym otoczeniu. Nigdy nie są w tym samym punkcie. Zawsze w kluczowym aspekcie się rozmijają.

A przynajmniej takie wrażenie można odnieść na pierwszy rzut oka. Problem jest jednak zdecydowanie bardziej złożony, ponieważ to wcale nie jest tak, że po prostu los nieustannie wysyła im sygnały, że z jakiegoś powodu nie powinni być razem. Nie chodzi o nich „razem”, a o każde z osobna.

„Normalni ludzie” powołani do życia przez Sally Rooney mają problemy z komunikacją, z wyrażaniem emocji, z akceptacją samych siebie. Tak naprawdę są bardziej do siebie podobni niż mogłoby się wydawać. Bo nawet jeżeli jedno w danym momencie jest lubiane, a drugie nie, to w głębi duszy wiedzą (choć boją się przed sobą przyznać), że oboje „urodzili się z defektem”. Niezależnie od tego, czy tym „defektem” jest strach przed tym, że inni ich nie zaakceptują, czy to, że sami nie potrafią tego zrobić.

W toku historii autorka przemyca problemy typowe dla XXI wieku. Robi to jednak na tyle subtelnie, że ani nie przełamuje swojego schematu, ani nie mamy wrażenia, że na siłę chce je „upchnąć”, żeby bohaterowie byli głosem większej grupy czytelników. Pojawiają się zaburzenia odżywiania, stany depresyjne i toksyczne relacje. „Pojawiają”, ale nie biorą się znikąd. Bohaterowie je karmią, pozwalają im przejąć kontrolę nad swoim życiem. I nikt bynajmniej nie przeprowadza gruntownej analizy tych problemów, bo w powieści nie ma miejsca na dydaktyzm.

Muszę jednak przyznać, że mam bardzo duży kłopot z oceną tej pozycji. Z jednej strony czyta się ją bardzo szybko i w pewnym sensie jest powiewem świeżości w zalewie bliźniaczych historii o relacjach międzyludzkich, ale z drugiej odczuwałam skrajne emocje w czasie lektury. Niektóre decyzje czy zachowania Marianne i Connella są do takiego stopnia niezrozumiałe, że aż wyłamują się z koncepcji „pozycji, w której każdy odnajdzie siebie”. Nie znajdziemy tu również oczyszczenia i odniosłam wrażenie, że chociaż sama linia fabularna jest przemyślana, to brakuje jej wyraźnych ram. Zwłaszcza jeśli chodzi o zakończenie.

Wreszcie, chociaż bohaterowie są bardzo dobrze zarysowani, to opowieść znacznie bardziej przypomina gotowy scenariusz, aniżeli analizę psychologiczną z trafnymi komentarzami. A przecież Sally Rooney już została okrzyknięta „Jane Austen prekariatu”. Niemniej jednak warto stanąć z nią w oknie i w ciszy przyjrzeć się temu (nie)normalnemu życiu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *