Wyobraźmy sobie, że ktoś przychodzi do nas i mówi: „Proszę przeczytać dzisiaj 15 minut. Zapłacimy”. Człowiek odruchowo pyta: „A ile?”. Okazuje się, że około sześciu groszy. I wtedy pojawia się jeszcze bardziej interesujące pytanie: dlaczego mimo wszystko chce nam się to robić?
Kto z nas nie myślał sobie kiedyś, że wymarzonym zajęciem byłoby czytanie książek za pieniądze? Zajmować się tym zawodowo, za czytanie książek mieć jak opłacić mieszkanie, zrobić zakupy i jeszcze zostać z poczuciem, że właściwie cały dzień robiło się coś, co i tak najchętniej wykonuje się po godzinach. Czytać, siedzieć pod kocem, popijać kawę i jeszcze dostawać za to wypłatę – brzmi jak praca idealna, prawda?
Tak, i nie musisz być influencerem, bookstagramerem, profesjonalną książkarą nabijającą wyświetlenia i robiącą zasięg wydawnictwu na Instagramie. O czym w ogóle jest mowa?
Czytanie za pieniądze – jak to się robi w Singapurze?
Przenieśmy się na chwilę na drugą stronę globu. Jak czytamy na portalu Booklips.pl, władze Singapuru postanowiły sprawdzić, czy do czytania można ludzi po prostu… zachęcić pieniędzmi. Nie chodzi jednak o wielkie kwoty. Program został wymyślony jako pięcioletnia próba wyrobienia u mieszkańców nawyku regularnego czytania.
Zasada jest prosta. Wystarczy usiąść z książką na 15 minut. Za taki kwadrans dostajemy 20 wirtualnych monet. Gdy uzbiera się ich 1000, można je wymienić na jednego dolara singapurskiego. Jest tylko jeden haczyk: system pozwala zaliczyć maksymalnie jedną sesję dziennie. Czyli nie, nie da się zrobić weekendowego maratonu z książką i w ten sposób szybko dorobić się majątku.
I właśnie w tym wszystkim pieniądze wydają się najmniej interesujące. Cały pomysł opiera się raczej na grywalizacji. Dostajemy prosty cel, punkty, kolejne poziomy i niewielką nagrodę, która ma sprawić, że jutro znowu otworzymy książkę.
Brzmi dobrze, prawda?
1 dolar za 50 dni czytania – czy jest to tego warte?
Pytanie jest więc zasadne: czy naprawdę potrzebujemy pieniędzy, żeby chciało nam się czytać?
Wyobraźmy sobie dwie sceny. W pierwszej wracamy po całym dniu do domu, robimy herbatę, zakopujemy się pod kocem i otwieramy książkę. Czytamy kwadrans, bo właśnie na tyle mamy dziś siłę. Następnego dnia robimy to samo. I kolejnego. Po jakimś czasie piętnaście minut przestaje być zadaniem do wykonania, a zaczyna być czymś oczywistym – jak poranna kawa czy wieczorne mycie zębów.
W drugiej scenie również otwieramy książkę, ale tym razem zerkamy na aplikację. Piętnaście minut oznacza 20 wirtualnych monet. Zbieramy kolejne punkty, aż w końcu uzbiera się ich tysiąc i można odebrać dolara. Kwota właściwie symboliczna. Trudno wyobrazić sobie, żeby ktoś rzucił wszystko i zaczął czytać książki dla sześciu groszy dziennie. I chyba właśnie o to chodzi. Pieniądze nie mają być wypłatą za czytanie. Mają być haczykiem, który pomoże zacząć.
Bo z nawykami jest ten problem, że na początku prawie zawsze wymagają od nas świadomego wysiłku. Musimy pamiętać, żeby wyjść na spacer, odłożyć telefon, zrobić trening, nauczyć się języka czy właśnie otworzyć książkę. Dopiero po pewnym czasie czynność zaczyna być automatyczna. To, co początkowo wymagało motywacji, zaczyna wymagać po prostu kilku minut.
W praktyce nie jest to więc sposób na dorobienie do pensji, a raczej drobna zachęta do wyrobienia sobie nawyku. Przy jednym rejestrowanym kwadransie dziennie na 1000 monet trzeba uzbierać aż 50 sesji czytelniczych, czyli ponad półtora miesiąca regularnego czytania!
Ile kosztuje przeczytanie książki?
Coś, co wydawało mi się za pierwszym razem absurdalne, po chwili namysłu, przestaje takim być. Bo skoro potrafimy płacić za to, żeby aplikacja przypominała nam o ruchu, śnie czy piciu wody, dlaczego nie mielibyśmy płacić za coś, co ma odciągnąć nas od ekranu i skłonić do sięgnięcia po książkę?
Nigdy nie sądziłem, że doczekam czasów, w których książka będzie miała stawkę godzinową (w zasadzie można powiedzieć w tym przypadku “kwadransową”). Singapur wcześniej zastosował podobny trik, kiedy wprowadzono nagrody za wyrobienie dziennej liczby kroków. Może i z czytaniem się uda?
I tu właśnie warto zejść na ziemię, czyli przenieść się do Polski. Czy ten program ma rację bytu również u nas? Pierwsza reakcja większości z nas byłaby prosta: sześć groszy dziennie? Za czytanie? To się przecież kompletnie nie opłaca. I trudno się z tym nie zgodzić. Gdyby ktoś próbował przekonać mnie do przeczytania książki właśnie w ten sposób, raczej nie rzuciłbym się nagle do biblioteki.
Ale z drugiej strony: przypomina mi to trochę aplikacje, które płacą nam za ruch. Sam fakt, że dostajemy za spacer czy liczbę kroków jakieś punkty, też przecież nie sprawia, że nagle zaczynamy traktować chodzenie jako sposób na zarabianie pieniędzy.
Dlatego mam wrażenie, że w Polsce problemem nie byłaby wysokość nagrody. Problemem byłoby raczej przekonanie ludzi, aby w ogóle spróbowali. Jeśli sześć groszy ma tylko zachęcić nas do odłożenia telefonu i przeczytania kilku stron, to może jednak ma to sens. Tylko czy naprawdę potrzebujemy do tego państwowej aplikacji?
Jeśli chcesz nas wesprzeć, postaw nam KAWĘ! Zastrzyk energii gwarantowany!
Więcej ciekawostek o literaturze znajdziesz na naszym Facebooku, X-ie (dawniej Twitterze) i Instagramie!
Spodobał Ci się ten artykuł? Udostępnij go znajomym!