W labiryncie

Podobno „potwory nie noszą krawatów”. Ale tylko podobno. Nie daj się zwieść, w powieści Donato Carrisiego nic nie jest takie, na jakie wygląda. Chcesz przetrwać, nie masz wyboru – musisz zagrać w tę demoniczną grę. Poprowadzi cię królik, którego oczy są w kształcie serca.

Materiał powstał dzięki współpracy z Wydawnictwem Albatros.

Gdzieś już to widziałam. Po piętnastu latach zaginiona dziewczyna wynurza się na powierzchnię. Samantha jest naga, bezbronna, przestraszona i co najważniejsze – nic nie pamięta. W tym samym czasie policja dostaje anonimowe zgłoszenie, dzięki czemu jest w stanie ją zlokalizować i zawieźć do szpitala. Ale żeby schwytać potwora, który jej to zrobił, policyjny profiler, doktor Green, musi włamać się do jej umysłu.

Historia zaczyna się tak bardzo standardowo, jak tylko może. Nie oszukujmy się – literatura i kinematografia znają ten schemat doskonale. A jednak Donato Carrisi na nim nie poprzestaje. Samantha nie jest jedyną osobą, która wylądowała w labiryncie. I bynajmniej nie mam tu na myśli innych potencjalnych ofiar, bowiem nie oprawca, a włoski pisarz zamyka swoich czytelników w jeszcze bardziej zawiłej plątaninie korytarzy.

Wszystko dlatego, że bardzo dobrze wyczuł moment na przeskoki w fabule. Napięcie ciągle utrzymuje się na wysokim poziomie, dzięki temu, że w odpowiedniej chwili opuszczamy szpitalny pokój, wystawiając się na palący żar. Czujemy spływający po karku pot, gdy wkraczamy do życia Bruna Genko, prywatnego detektywa, który prowadzi to samo dochodzenie, tylko że na własną rękę. Symboliczne przejście jest tym mocniej zaakcentowane, że wraz z nim bardzo często zmienia się narracja.

Dodatkowo nie można mu odmówić zręcznego pióra, którym sprawia, że z jednej strony nie mamy ani chwili na oddech i czysty osąd sytuacji, a z drugiej ciągle pod naszymi nogami lądują coraz to nowe poszlaki. Atmosfera jest gęsta, decyzje trzeba podejmować szybko, a gdzieś tam z tyłu głowy pojawia się myśl, że zamiast wraz z każdym kolejnym krokiem wynurzać się z labiryntu, wchodzimy do niego coraz głębiej, stając się jego więźniami.

Jednocześnie w powieści nie brakuje szczegółowych opisów, ale są tak zdynamizowane, że stanowią integralną część historii. Krew buzuje, gdy Genko sięga po kolejną szklankę tequili. Szare ściany labiryntu doprowadzają nas do szaleństwa, a kontrastujące z nimi kolorowe ściany kostki Rubika tylko podsycają tę psychozę. Dlatego tak naprawdę trudno poczuć się przytłoczonym czy znudzonym, bo każdy detal pojawia się w konkretnym celu. Nic nie jest przypadkowe.

Warto również zwrócić uwagę, że próba włamania się do umysłu Samanthy nie jest jedyną osią fabularną. Tak właściwie do pewnego stopnia można ją uznać za przyczynek do zagłębienia się w umysł oprawcy. Donato Carrisi bardzo zgrabnie zarysował jego historię, starając się wytłumaczyć wszelkie aspekty, które go ukształtowały. Dzięki temu czytelnik nie ma wrażenia, że historia jest powierzchowna.

Ale nie zrozumcie mnie źle. Włoski pisarz nie przechodzi od punktu A do B, szkicując portret psychologiczny porywacza. Bynajmniej nie dzieli jego opowieści na etapy pogłębiającej się psychozy. Tworzy fragmentaryczny obraz, pozwalając czytelnikowi na stopniowe dokładanie kolejnych elementów układanki. Dlatego najpierw wspomina o „pocieszycielu”, czyli psychopacie, który upaja się przedłużaniem cierpienia. Zabijanie jest dla niego formą ostateczną – czymś, czego wolałby uniknąć.

Nie jest to jednorazowy koncept. Donato Carrisi rozpatruje te dodatkowe terminy na dwóch poziomach. Z jednej strony uwiarygadniają opowieść, bowiem media zawsze nadają imiona potworom w ludzkiej skórze. Z drugiej, mają na celu zagęszczać atmosferę. Na kartach powieści ciągle mówi się o „dzieciach mroku”, które rodzą się na nowo po wyjściu na powierzchnię. Wracają na pozór takie same, ale w głębi duszy są zdeformowane. Oprawca pozbawia je dziecięcego światła.

To „światło” gaśnie również w wymiarze metafizycznym. Kreacja psychopaty sprawia, że trudno go uznać za człowieka. Nie tylko ze względu na czyny, których się dopuścił, ale przez to, że nie widzimy jego twarzy. Skrywa ją pod maską królika z oczami w kształcie serca. Zanim zaprowadzi cię do labiryntu, będzie twoim przewodnikiem. Wydrąży dziurę w twoim umyśle i zasieje w niej ziarno. Niczym wielki, budzący grozę królik z kultowego filmu „Donnie Darko”. Nie sposób nie odnieść wrażenia, że Włoch zaczerpnął z niego jakąś inspirację. Zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że perspektywa zmienia się w lustrzanym odbiciu, a przecież kinowy królik też dopuszczał się różnych manipulacji.

Jedyne, co można zarzucić pisarzowi, to brak jakiejkolwiek informacji, że „W labiryncie” nie jest indywidualnym tworem, a nawiązuje do jego kilku innych powieści. Żeby w pełni poczuć zakończenie, z pewnością lepiej byłoby zapoznać się z twórczością włoskiego autora.

Ale przestroga, którą chce przekazać czytelnikowi, i tak do niego dotrze. Parafrazując słowa Carrisiego, wszak nie wiemy, ile osób wokół nas zdążyło dopuścić do siebie wirusa ciemności.

Zostaw po sobie ocenę!
Spodobał Ci się ten artykuł? Udostępnij go znajomym!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.