Zarzut

Steve Cavanagh wyciągnął wnioski po pierwszym tomie serii o Eddiem Flynnie. Zamiast błądzić między typową powieścią sensacyjną a thrillerem prawniczym, znacznie bardziej skoncentrował się na rozprawach sądowych i przygotowaniach do procesu. I nie mógł podjąć lepszej decyzji.

– On albo ona. Nie mogę ocalić obojga – ta myśl nieustannie kołacze się w głowie Eddiego. Nie pozwala mu zmrużyć oka na dłużej niż kilka godzin. Doprowadza go do takiego szaleństwa, że na dłuższe momenty wbija pusty wzrok w ścianę. A to do niego niepodobne. Przecież niezależnie od sytuacji, zawsze myślał trzeźwo.

Tylko że tym razem sprawa jest inna. Chodzi o jego żonę, Christine, która według FBI brała udział w praniu brudnych pieniędzy przez nowojorską firmę Harland i Sinton. Warunek jest bardzo prosty: Eddie zapewni jej bezpieczeństwo, jeśli zmusi swojego klienta, Davida Childa, do przyznania się do winy. Problem w tym, że sam w nią nie wierzy.

Trzeba przyznać, że oś fabularna jest zdecydowanie najmocniejszym punktem tej powieści. W przeciwieństwie do „Obrony”, czyli pierwszej części cyklu, „Zarzut” jest znacznie bardziej cichy. Mniej w nim ryku silników, oślepiających eksplozji i ogłuszających pocisków, natomiast więcej chłodnej kalkulacji, analizy przebiegu wydarzeń i zgrabnie skonstruowanych rozpraw sądowych. Oczywiście Steve Cavanagh nadal serwuje butle po coli wypełnione kwasem solnym, ale tym razem robi to znacznie rzadziej i bynajmniej nie jest to jego spécialité de la maison. I bardzo dobrze, bo to, jak konstruuje dialogi na sali sądowej, wywołuje znacznie większe wypieki na twarzy.

Trudno się jednak dziwić, że obrał zupełnie inny kierunek, skoro tym razem kanwą historii jest brutalne morderstwo, a wszystkie dowody bezsprzecznie wskazują na to, że dopuścił się go właśnie David.

No, prawie bezsprzecznie, bo Eddie od samego początku podąża za swoją intuicją, nie dopuszczając myśli, że jego klient jest za to wszystko odpowiedzialny. Dlatego decyduje się przeprowadzić dochodzenie na własną rękę, żeby oczyścić go z zarzutów. Tym samym czytelnik ma do czynienia z naprawdę świetnie zaplanowaną intrygą i praktycznie do ostatnich kart powieści nie jest do końca pewny, kto jest tym „złym” i po której stronie powinien obstawać.

Zaufajcie mi, trzeba naprawdę mocno wierzyć w ludzi, żeby przez cały czas być przekonanym o niewinności Davida. Bo chociaż autor wykreował go na niewiniątko, to historia uczy, że nic nie jest takie, na jakie wygląda. I tutaj też ukłon w stronę Steve’a Cavanagha, bowiem portret psychologiczny głównego oskarżonego robi wrażenie.

Pisarz już w „Obronie” udowodnił, że bardzo sprawnie posługuje się piórem i nawet postaciom drugoplanowym potrafi nadać bardzo wyraziste cechy, ale tym razem poszedł o krok dalej. Z jednej strony mamy niezbite dowody świadczące o winie, z drugiej obraz młodziutkiego geniusza-milionera, który nie kontroluje swoich ataków paniki.

Trzeba jednak przyznać, że Cavanagh daje niezaprzeczalnie największy popis umiejętności pisarskich w czasie rozpraw. Eddie Flynn w swoim najlepszym wydaniu rozmontowuje na czynniki pierwsze wypowiedzi wezwanych świadków, wykazując rażące nieścisłości w ich zeznaniach. Ale to nie wszystko. Zdecydowanie największe wrażenie robi szczegółowy raport balistyczny, z którego dowiadujemy się między innymi, że osad po wybuchu poduszki powietrznej jest bardzo podobny do tego, który pozostaje po wystrzale z broni palnej, a numer seryjny broni można odzyskać umieszczając ją w roztworze o odpowiednim stężeniu kwasowym. Dzięki tym wszystkim elementom rozprawy sprawiają wrażenie realistycznych, a dynamika pomiędzy poszczególnymi sekwencjami powieści nie jest zaburzona.

Bo właśnie to można było zarzucić pierwszemu tomowi serii – że tempo spada niemal do zera, a potem nagle wskakuje na najwyższy poziom. Że historia jest nierówna. Tutaj nie ma takiego problemu. Emocje przez cały czas są na bardzo wysokim poziomie – niezależnie od tego, czy siedzimy na sali sądowej, czy razem z Eddiem pchamy się do jaskini lwa, czyli siedziby firmy Harland i Sinton. Irlandzki autor zdecydowanie poprawił swój warsztat w tym aspekcie.

„Zarzut”, podobnie zresztą jak „Obrona”, wyróżnia się dość specyficzną strukturą, do której trzeba się przyzwyczaić. I bynajmniej nie mam na myśli rozkładu rozdziałów, bo ten jest akurat dość popularny – zaczynamy od końca i do ostatniej strony żyjemy w zawieszeniu. Tak samo jak kula, która zmierza w kierunku Eddiego.

Steve Cavanagh bardzo zgrabnie przecina długie i szczegółowe wypowiedzi, krótkimi, często dwusłowowymi frazami, dzięki którym jest w stanie utrzymać dynamikę na wysokim poziomie. Jest to o tyle istotne, że w pierwszym tomie sekwencje akcji były zdynamizowane, natomiast prawnicze – przeciągnięte. Tym razem, w połączeniu ze znacznie mniejszą dozą pościgów i wybuchów, zabieg jest na tyle płynny, że każdy element historii zdaje się do siebie pasować.

I wreszcie, dręcząca prawnika myśl, że nie jest w stanie uratować obojga też znajduje swój finał. Bo Eddie Flynn płaci za to wszystko najwyższą cenę.

Zostaw po sobie ocenę!
Moje recenzje
Spodobał Ci się ten artykuł? Udostępnij go znajomym!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.