okładka książki "Dom stu szeptów" Graham Masterton
Książka Graham Masterton - "Dom stu szeptów"

„Dom stu szeptów” Graham Masterton – recenzja

Po skupieniu się na serii powieści kryminalnych Graham Masterton książką „Dom stu szeptów” wraca do swego macierzystego gatunku literackiego, która jest próbą odświeżenia sztampowego motywu nawiedzonego domu. Czy można ją zaliczyć do udanych? Skąd pochodzą tajemnicze szepty i czy należy się ich bać?

Materiał powstał dzięki współpracy z Wydawnictwem Albatros.

„Dom stu szeptów” – jak Masterton wykorzystał sztampowy pomysł?

Mamy zabytkową rezydencję znajdującą się nieopodal Dartmoor w Kornwalii, w której dochodzi do tajemniczego zabójstwa. Ofiarą jest Hubert Russell, były dyrektor więzienia, nieposiadający żadnej pozytywnej cechy. Do ponurego domu zjeżdżają dorosłe dzieci zamordowanego, wraz ze swoimi rodzinami, aby być świadkami odczytania testamentu. Rezydencja, która budziła najwięcej emocji zostaje zapisana wnukowi Huberta, pięcioletniemu Timmy’emu, co nawet w rodzicach chłopca budzi niemałe zaskoczenie. Nagle dorośli orientują się, że chłopiec, bawiący się wcześniej na zewnątrz, znika. Rozpoczynają się poszukiwania, nie przynoszą jednak żadnych rezultatów. Bohaterowie muszą zatem zostać w domu na noc, czekając na wieści od policji i grup poszukiwawczych. Tej nocy po raz pierwszy słyszą tajemnicze szepty.

Nawiedzony dom i bohaterowie, którzy nie mogą go opuścić. Ile razy to słyszeliśmy? Zdaje się, że niczego więcej nie można zrobić z tak klasycznym motywem horrorów. Graham Masterton stworzył w książce „Dom stu szeptów” istną mieszankę gatunków. Kryminalna zagadka śmierci Huberta Russella, losy jego rodziny, dzieje XVII wiecznego polowania anglikanów na katolickich księży, zakrojone na szeroką skalę poszukiwania dziecka oraz rozwiązywanie zagadki szeptów i siły, która włada domem. Wszystko okraszone zabobonami i legendami o wrzosowiskach otaczających Dartmoor. Ten mix w wykonaniu brytyjskiego autora wyszedł naprawdę całkiem świeżo.

„Rozwlekły początek” – czy rzeczywiście?

Przygotowując się do napisania tej recenzji przejrzałem komentarze czytelników będących już po lekturze „Domu stu szeptów”. Moją uwagę zwróciły wpisy zarzucające powieści rozwlekły początek, przez niektórych komentujących nazywany wręcz nudnym. Ja zupełnie inaczej odebrałem wstęp do tej historii. Czytelnik ma czas na poznanie bohaterów, bo przecież to na ich losie musi nam zależeć. Stopniowo wnikamy do nawiedzonej rezydencji, w której nocami słychać szepty, a gdy wyjrzy się na korytarz okazuje się, że nikogo tam nie ma. To właśnie we wstępie powieści powstaje klimat, o którym należy powiedzieć więcej.

Nie da się nie zwrócić uwagi na sposób budowania nastroju przez Mastertona. Powiem więcej, tu właśnie tkwi siła całej tej historii. Klimat tworzony jest niezwykle subtelnie. Do tego stopnia, że przez kilka pierwszych rozdziałów nie mogłem pojąć, skąd u mnie to poczucie dyskomfortu i niepokoju, mimo że nic strasznego się nie dzieje. Cała tajemnica tkwi w przerażających porównaniach jakich autor używa przy opisywaniu skrzypienia drewnianych podłóg, bulgotu w rurach, czy innych wydawałoby się, zwyczajnych dźwięków starego domu. Jest to świetny przykład jak autor może za pomocą porównań oddziaływać na postrzeganie historii przez czytelnika. Mistrzostwo!

"Dom stu szeptów" Graham Masterton
Książka Graham Masterton – „Dom stu szeptów”

Problem z bohaterami i wątkiem historycznym

Żeby nie było tak słodko, wspomnę o sposobie w jaki Masterton wprowadza swoich bohaterów. Otóż gdy na kartach powieści pojawia się nowa postać mająca znaczenie dla fabuły, natychmiast następuje cały akapit opisu jej wyglądu. Owszem są to charakterystyki rozbudowane i całkiem dobrze napisane, potrafi to jednak wybić całkowicie z rytmu. Otrzymujemy dokładny obraz bohatera, co nie daje zbyt wiele miejsca dla naszej wyobraźni.

Jak już wcześniej wspomniałem powieść porusza również wątek historyczny i przy nim chciałbym się na moment zatrzymać. Dotyczy on mrocznej części historii Anglii, a mianowicie prześladowań katolików przez wyznawców anglikanizmu w XVII wieku. Istniały wtedy grupy tak zwanych łowców księży, którzy polowali na duchownych i osoby, które ich wspierały, by postawić ich przed sądem. Jest to ciekawy wątek. Autor jednak miał pewien problem z jego przedstawieniem, przesycając momentami treść ciekawostkami z tego okresu, wkładając je w usta bohaterów.

Niedociągnięcia są, ale książka jest warta uwagi

Zacząłem laudacją o niesamowitym klimacie, którym udało się stworzyć autorowi i dla równowagi zakończę krytyką, która poniekąd łączy się z wcześniejszym zarzutem. Niestety dialogów nie można nazwać mocną stroną książki „Dom stu szeptów”. Są schematyczne i momentami prowadzone wręcz banalnie, co wyzuwa je z naturalności. Główni bohaterowie zadają naiwne pytania, by postaci znające realia egzorcyzmów czy duchów mogły przejmować pałeczkę, opowiadając o tym długimi monologami. A kiedy autor uznaje, że jest to już zbyt długie, to przecina wypowiedź jakimś dowcipem lub jednozdaniowym wtrąceniem, któregoś z bohaterów, po czym orator kontynuuje swój wywód. Zabrakło tu pomysłu na pokazanie niektórych kwestii, a ratowanie się w ten sposób dialogiem nie wyszło najlepiej.

„Dom stu szeptów”, mimo kilku moich uwag, jest naprawdę ciekawą pozycją, która powinna przypaść do gustu czytelnikom nie tylko horroru. Nie ma zbyt wielu krwawych scen, a jeśli już się pojawiają, to podane są w taki sposób, że nie budzą niesmaku czy obrzydzenia.

Jeśli spodobał ci się ten materiał, może zainteresuje cię również „Do ostatniej kropli krwi”.

5/5 - (1 vote)
Spodobał Ci się ten artykuł? Udostępnij go znajomym!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *